poniedziałek, 24 czerwca 2013
Rozdział VIII : Zrozumienie
Wróciłam do domu w którym się wychowałam, do domu
mojego taty, a teraz mojego zaraz po pogrzebie. Jechałam tam wraz z Jas, Tommym
i Jay’em autem. Jechaliśmy w kompletnej ciszy, nawet radio było wyłączone. Dojechaliśmy
szybko i zaczęliśmy przygotowywać dom na stypę. Po niecałej godzinie zaczęli
przychodzić ludzie, nie byłam w stanie ich zliczyć. Ludzie przynosili mi różne
potrawy, byli bardzo mili i wgl. Rozmawiałam z nimi i dziękowałam za obecność
na pogrzebie. Wszyscy zaczęli się rozchodzić około 3 godziny później. Została
tylko jedna osoba, była to starsza kobieta o indyjskiej urodzie, ubrana była w
białe sari. Już wcześniej zwróciłam na nią uwagę, domyślałam się że jest to owa
Chandni. Nie miałam zielonego pojęcia kim ona może być. W domu zostałam tylko
ja z moimi przyjaciółmi i ta właśnie kobieta. Miała na sobie białe sari. Podeszła do mnie i spojrzała mi w
oczy. Jej oczy miały dokładnie ten sam kolor co moje. Zdziwiło mnie to lecz nie
dałam tego po sobie poznać.
- Witaj, ty zapewne jesteś India, twój ojciec mi dużo
o tobie mówił, chodź tobie o mnie pewnie nie. Jestem Chandni Saraswati.
- Dzień dobry, ma pani rację nie znam pani w ogóle,
ojciec nigdy nie wspominał… Powiedział tylko że w razie jego …
- Rozumiem. Chciałabym z tobą porozmawiać o tobie.
- O mnie? – zapytałam zdziwiona.
- Tak, o tobie. Nie wiem ile wiesz o twojej matce i
twoim pochodzeniu, ale chciałabym ci wszystko opowiedzieć. Jeśli mi na to
oczywiście pozwolisz.
- No jasne, to znaczy tak. Proszę bardzo niech pani
usiądzie. – Wskazałam jej ręką kanapę. Kobieta usiadła i ja również na stojącym
obok fotelu. Ciszę przerwała Jas.
- My pojedziemy do moich rodziców a potem zrobimy
małe zakupy, także zastawimy was samych. Do zobaczenia, do widzenia pani
Saraswati. – powiedziała otwierając frontowe drzwi i pozwalając wyjść najpierw
chłopakom. Kobieta odpowiedziała jej uśmiechem a Jas wyszła, zamykając cicho
drzwi.
- No więc, niech pani zacznie. – Powiedziałam pocierając
nerwowo ręce o kolana.
- Wiesz że nie przypadkowo masz na imię India. Twoja
mama pochodzi z Indii, a ja jestem jej matką. Poczekaj, chciałabym żebyś mi nie
przerywała, usłyszysz to co chcę ci powiedzieć a potem będziesz mogłam mówić,
dobrze? – I nie czekając na odpowiedź kontynuowała dalej. – To prawda że twoja
matka nie żyje i to prawda że zmarła przy twoim porodzie. Kochała cię ponad
swoje życie, twojego ojca również, chodź nie byli w związku małżeńskim. Twoja
matka miała na imię Rishima co znaczy promień księżyca, wyjechała do Ameryki wraz z starszą siostrą Sanchali,
obiecały mi i ojcu że wrócą, Rishima pojechała na studia dostała stypendium z
uniwersytetu, natomiast Sanchali kazał jechać ich ojciec a mój mąż, aby
pilnowała młodszą siostrę i chroniła przed innymi głupstwami. Rishima była
bardzo zdolna i miała bardzo dużo energii, uwielbiała tańczyć i śpiewać, miała
do tego talent. Była tam rok, przyjechała na wakacje do domu, do Indii. Gdy
zwykle była bardzo otwarta, wtedy prawie nic nie mówiła. W końcu Sanchali
powiedziała że twoja matka jest w ciąży z amerykańskim chłopakiem. Nie było jej
wtedy w domu, poszła wysłać ostatni list do twojego ojca. Kazała mu w nim
przyjechać. Była w 7 miesiącu ciąży, choć nie było w ogóle prawie po niej tego
widać. Twój ojciec zabronił wychodzić jej z domu, byłby to dla rodziny straszny
wstyd, młoda dziewczyna bez męża w ciąży która w dodatku przyjechała po
pierwszym roku studiów na wakacje. Przeciwstawiała się ojcu, lecz co ona sama
mogła zrobić, nie chciała skrzywdzić nie narodzonego dziecka więc siedziała w
domu. Miesiąc później przyjechał twój ojciec. Powiedział że on się nią
zaopiekuje, a także dzieckiem. Pojawiły się jednak problemy, Rishima
zachorowała ciężko. Została w domu, zadzwoniliśmy po lekarza, powiedział że
jeśli chce uratować dziecko będzie musiała urodzić je już teraz, ale może
umrzeć podczas porodu. Chyba wiesz jaką decyzję podjęła twoja matka. Nie
mówiliśmy jej co ma robić. Kochało ją wiele osób i wiele osób cierpiało po jej
śmierci. Twój ojciec dał ci na imię India bo tak chciała moja córka, ale masz
też drugie imię które również jest zapisane w akcie urodzenia, brzmi ono Rhea.
Twój ojciec postanowił wziąć cię do Ameryki, nie broniliśmy mu tego, lecz przyrzekł
że będzie się z nami kontaktował i wysyłał listy, a w razie wypadku wezwie nas.
Przez cały czas pisał do nas i wysyłał twoje zdjęcia. Jesteś bardzo podobna do
matki, bardziej z charakteru niż z wyglądu ale masz jej oczy.
- Czyli jest pani moją… Moją babcią? – spytałam z wahaniem
w głosie.
- Tak, tak można powiedzieć.
- Ja, ja muszę to wszystko przemyśleć dobrze? Jeśli
by pai mogła niech mi pani zostawi
adres, a ja się skontaktuję.
- Oczywiście. – Podałam jej kartkę z szuflady i
długopis. Napisała na nim adres i wręczyła mi kartkę do ręki, po czym wstała,
złapałam ją za ramię, miałam do niej na obecną chwilę do niej jeszcze jedno
pytanie.
- Pani teraz
mieszka tutaj, kiedy się pani tu przeprowadziła?
- Po śmierci męża, przyjechałam do córki,
wydaliśmy ją za mąż w Indiach, ale jej mąż w sprawach biznesowych musiał tu
przyjechać, przeprowadzili się oboje tutaj kilka lat temu do Nowego Yorku.
- Aha, dziękuję.
- Nie ma za co Rhea, drogie dziecko. Do widzenia.
- Do widzenia pani. – Wyszła a ja zamknęłam za nią drzwi. W
przedpokoju nad szafką na buty wisiało lustro, zdobione srebrną ramą.
Spojrzałam w swoje odbicie, w swoje szaro-niebieskie oczy które, wcześniej
zwróciły moją uwagę u kobiety która wyszła z mojego domu przed chwilą. Moja
matka pochodziła z Indii. Moje włosy zawsze były ciemne, lecz w tej chwili
ujrzałam w sobie coś innego, jakieś egzotyczne indyjskie cechy. Już wiem po kim
umiem śpiewać i tańczyć, po mamie. Ojciec miał drewniane ucho i dwie lewe nogi.
Moje myśli przerwał dzwonek telefonu komórkowego. To był Zayn.
niedziela, 23 czerwca 2013
poniedziałek, 17 czerwca 2013
Rozdział VII: Poczekalnia
Po długiej podróży autem, w końcu dojechaliśmy do szpitala w którym leżał mój ojciec. W czasie jazdy skontaktowałam się z lekarzem ojca, i obiecał że w razie jakichś komplikacji będzie do mnie dzwonił, było to kilka godzin temu, i na razie jeszcze nie dzwonił, co znaczy że chyba z nim wszystko w porządku. Wysiadłam z samochodu i wraz z chłopakami poszłam do drzwi szpitala, otwierając je pomyślałam o Jas. Ona też się martwiła o mojego tatę, ale nie rozumiała mojego położenia, bo nigdy nie znajdowała się w takiej sytuacji. Ona miała oboje rodziców, a ja już straciłam matkę, której nawet nie pamiętam. Znam ją tylko ze zdjęć. A tata, zawsze był przy mnie, nieważne czy przewróciłam się na rowerze w wieku 4 lat i zdrapałam sobie kolano czy kiedy rzucił mnie pierwszy chłopak. On zastępował mi oboje rodziców, i choć nie umiał może pleść warkoczy, to dał mi bardzo wiele miłości i nauczył jak obdarzać nią innych, na których nam zależy. Wychował mnie trochę jak chłopca, ponieważ miał warsztat samochodowy, wiem jak naprawić samochód, i na pewno poradziłabym sobie z uszkodzonym zębnikiem ze sprzęgłem jednokierunkowym w rozruszniku czy z wewnętrznym zwarciu w akumulatorze. Tata pokazał mi jak poradzić sobie z różnymi sytuacjami w życiu, a teraz chcę mu pokazać że zawsze będę przy nim i nie dam mu odejść. Właśnie dojeżdżaliśmy na piętro OIOMU, gdzie leżał tata. Wyszliśmy z windy i ruszyłam biegiem do sali nr 116. Drzwi były zamknięte spojrzałam przez szybę, przez którą było widać wnętrze białego, czystego pokoju, z łóżkiem po środku, na którym leżał mężczyzna, był wszędzie obwiązany bandażami, nadgarstek i nogę miał w gipsie, a na szyi usztywnienie, podłączonych było do niego bardzo dużo rurek, a aparatura pikała wolno. Zatrzymałam się, i nie mogłam uwierzyć własnym oczom. To był mój tata, który zawsze twardy, nie dawał się tak łatwo ani nie poddawał, leżał teraz na tym łóżku jak szmaciana lalka, porzucona gdzieś w kącie. Mimo woli zaczęły mi lecieć z oczu łzy, piekły mnie w policzki niczym rozżarzony węgiel w stopy, gdy kiedyś na ognisku próbowałam po nim chodzić. Płacz uwiązł mi w gardle, więc zaczęłam się krztusić. Poczułam jak obejmują mnie czyjeś ciepłe ręce. Podniosłam głowę i ujrzałam Zayna, miał zamknięte oczy i głaskał mnie po włosach. Jego oddech mnie uspokoił, zaczęłam powoli oddychać wytarłam łzy i poszłam do lekarza który właśnie rozmawiał z Tommym. Miał smutną, zmęczoną twarz. Spojrzał na mnie i powiedział z wahaniem:
- Pani jest córką pana Johnatana Coulahana?
- Tak, to ja. Co z nim? Co z moim tatą?
- Niestety nie najlepiej, wątpimy czy przeżyje najbliższe kilka godzin, więc chcielibyśmy zapytać o możliwość transplantacji, ponieważ jego organy nie zostały uszkodzony, a także ma uniwersalną grupę krwi, więc moglibyśmy pomóc innym ludziom w razie śmierci pani ojca.
- Ok, ale chcę z nim zostać tak długo jak to będzie możliwe.
- Oczywiście, czy mają państwo jakąś rodzinę? Żeby ich poinformować o stanie zdrowia?
- Tata mówil żeby kiedyś zadzwonić do jakiejś kobiety gdyby on... Miał jej numer telefonu w komórce, ma na imię Chandni.
- Dobrze, poinformujemy ją. Może pani pójść do taty, pielęgniarka przyniesie pani dokumenty do podpisania.
Odwróciłam się i spojrzałam, na chłopaków.
- Jak chcecie to możecie wracać, ja chcę z nim zostać, muszę.
- Nie ja zostaję, zapomniałaś jesteśmy przyjaciółmi, przyjaciele nigdy siebie nie zostawiają w takich sytuacjach. - powiedział Tommy, i podszedł aby mnie przytulić.
- Ja też zostanę. - Odparł Zayn, poczym wziął mnie za rękę.
- Dziękuję wam,- wyszłam z uścisku Tommy'ego - za to że mogę na was liczyć.
To powiedziawszy poszłam na sale na której leżał mój tata. Mimo iż wiedziałam że prawdopodobnie mnie nie słyszy, chciałam mu to wszystko powiedzieć. Zaczęłam opowiadać mu o całym pobycie w Nowym Yorku. O koncercie, spacerze, O sprawie z Jas i Harry, o Tommym i Jay'u, o zakładzie i wreszcie o Zaynie. W ciągu mojego monologu przyszła pielęgniarka i przyniosła dokumenty do podpisania. Przeczytałam je pokrótce i podpisałam je, wiedząc że być może uratuje to więcej niż jedno życie.Trzymałam tatę za dłoń przez cały czas, do samego końca. Niemal widziałam jak ulatuje z niego życie. Kiedyś podpisał papiery że w razie takiej sytuacji ni chce żeby go ratowano, więc mogłam tylko patrzeć jak powoli odchodzi. Kończyłam swą konwersację bez odpowiedzi i zbliżał się świt. Przez okno przebiły się pierwsze promienie słońca gdy nagle, ciało taty pochłonęły drgawki a aparatura pikała coraz szybciej, zawołałam lekarzy i wszyscy patrzyliśmy jak powoli odchodzi. Było po wszystkim, teraz mogłam odejść, lekarze zaczęli przewozić tatę na blog operacyjny, aby uratować narządy i przygotować do transplantacji. Wyszłam z sali, i nie pamiętam co było dalej, aż do chwili pogrzebu. Wtedy już nie płakałam, wylałam wszystko z siebie wcześniej. Zobaczywszy tych wszystkich ludzi, dopiero wtedy zdałam sobie sprawę z tego jak wszyscy lubili mojego tatę i jak wielu go znało. Wszystko działo się tak szybko że nie zauważyłam, nawet jak ludzie zaczęli odchodzić z cmentarza i w końcu przy grobie zostałam tylko ja i Jasmine. Machnęłam na nią ręką aby zaczekała w samochodzie. Chciałam jeszcze chwilę zostać sama.
- Tak, to ja. Co z nim? Co z moim tatą?
- Niestety nie najlepiej, wątpimy czy przeżyje najbliższe kilka godzin, więc chcielibyśmy zapytać o możliwość transplantacji, ponieważ jego organy nie zostały uszkodzony, a także ma uniwersalną grupę krwi, więc moglibyśmy pomóc innym ludziom w razie śmierci pani ojca.
- Ok, ale chcę z nim zostać tak długo jak to będzie możliwe.
- Oczywiście, czy mają państwo jakąś rodzinę? Żeby ich poinformować o stanie zdrowia?
- Tata mówil żeby kiedyś zadzwonić do jakiejś kobiety gdyby on... Miał jej numer telefonu w komórce, ma na imię Chandni.
- Dobrze, poinformujemy ją. Może pani pójść do taty, pielęgniarka przyniesie pani dokumenty do podpisania.
Odwróciłam się i spojrzałam, na chłopaków.
- Jak chcecie to możecie wracać, ja chcę z nim zostać, muszę.
- Nie ja zostaję, zapomniałaś jesteśmy przyjaciółmi, przyjaciele nigdy siebie nie zostawiają w takich sytuacjach. - powiedział Tommy, i podszedł aby mnie przytulić.
- Ja też zostanę. - Odparł Zayn, poczym wziął mnie za rękę.
- Dziękuję wam,- wyszłam z uścisku Tommy'ego - za to że mogę na was liczyć.
To powiedziawszy poszłam na sale na której leżał mój tata. Mimo iż wiedziałam że prawdopodobnie mnie nie słyszy, chciałam mu to wszystko powiedzieć. Zaczęłam opowiadać mu o całym pobycie w Nowym Yorku. O koncercie, spacerze, O sprawie z Jas i Harry, o Tommym i Jay'u, o zakładzie i wreszcie o Zaynie. W ciągu mojego monologu przyszła pielęgniarka i przyniosła dokumenty do podpisania. Przeczytałam je pokrótce i podpisałam je, wiedząc że być może uratuje to więcej niż jedno życie.Trzymałam tatę za dłoń przez cały czas, do samego końca. Niemal widziałam jak ulatuje z niego życie. Kiedyś podpisał papiery że w razie takiej sytuacji ni chce żeby go ratowano, więc mogłam tylko patrzeć jak powoli odchodzi. Kończyłam swą konwersację bez odpowiedzi i zbliżał się świt. Przez okno przebiły się pierwsze promienie słońca gdy nagle, ciało taty pochłonęły drgawki a aparatura pikała coraz szybciej, zawołałam lekarzy i wszyscy patrzyliśmy jak powoli odchodzi. Było po wszystkim, teraz mogłam odejść, lekarze zaczęli przewozić tatę na blog operacyjny, aby uratować narządy i przygotować do transplantacji. Wyszłam z sali, i nie pamiętam co było dalej, aż do chwili pogrzebu. Wtedy już nie płakałam, wylałam wszystko z siebie wcześniej. Zobaczywszy tych wszystkich ludzi, dopiero wtedy zdałam sobie sprawę z tego jak wszyscy lubili mojego tatę i jak wielu go znało. Wszystko działo się tak szybko że nie zauważyłam, nawet jak ludzie zaczęli odchodzić z cmentarza i w końcu przy grobie zostałam tylko ja i Jasmine. Machnęłam na nią ręką aby zaczekała w samochodzie. Chciałam jeszcze chwilę zostać sama.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
